Marrakesz, Jebel Toubkal – wyprawa na północ Afryki : podsumowanie

Aaaaa ja chcę jeszcze! Więcej i więcej ! Wiecie jak wygląda kot albo pies, który chce się gdzieś położyć, a nie mogąc znaleźć sobie miejsca kręci się nerwowo w kółko i rozgląda dookoła w poszukiwaniu podpowiedzi i ratunku? Ja czuję się teraz dokładnie tak samo – z tą przewagą do sierściatych jednak, że mogę o tym powiedzieć głośno (albo napisać). Wiecie, jedno stwierdzam z całą pewnością : od momentu, gdy do głowy wpadnie nam jakiś pomysł, który mieści się w kategorii marzeń, nie spieszcie się z jego spełnianiem – im dłużej czeka się na realizację, tym bardziej ona smakuje, a czas realizacji jest wyjątkowo ekscytujący. Ja w lipcu postanowiłam wybrać się na wyprawę na północ Afryki – jest koniec października, a ja już wróciłam…Udało się załapać okazyjnie na świetną ofertę (jedna osoba zmuszona była zrezygnować ze względu na dość poważną kontuzję), więc nim zdążyłam się rozsmakować w oczekiwaniu – pakowałam się na samolot.

Ale po kolei. 10 dni najwspanialszej przygody w życiu rozpoczęte początkiem października, na lotnisku w Warszawie. Tego samego dnia – lądowanie w Marakeszu. Drugiego dnia na dzień dobry – zwiedzanie miasta. Dookoła kolorowo, wesoło, zupełnie inny klimat niż znany powszechnie z Europy czy też nawet innych miast poza nią. Następnego dnia rozpoczyna się część właściwa, a więc przejazd do Imlil, a następnie przejście do schroniska, z którego już następnego dnia – wejście na szczyt! Na ten temat poświęcę osobną notkę, bowiem nie sposób zawrzeć wrażeń w kilku linijkach. Po powrocie do Marrakeszu – przejazd do Ajt Bin Haddu  , nocleg zaś w dolinie Dades, przejazd do wąwozu Todra, potem na pustynię, safari na wielbłądach, nocowanie w namiotach na pustyni…

Każdy z tych etapów zasługuje na szersze omówienie – szykujcie się więc na solidną dawkę moich wynurzeń! Jak tylko ochłonę, postaram się opisywać wszystko po kolei! To były najpiękniejsze dwa tygodnie mojego życia!

Reklamy

Sposób na jesień, czyli jadę tam, gdzie mnie wyniesie!

No i stało się – mamy jesień. Jeszcze ze dwa tygodnie temu mogliśmy udawać, że jej nie zauważamy – o to nie było trudno, zważywszy na pogodę jaka panowała : ta była iście letnia. Jednakże coraz chłodniejsze poranki i wieczory, a także zmrok zapadający dużo wcześniej niż przed kilkoma tygodniami jednoznacznie pozbawiają nas złudzeń i zwiastują coraz chłodniejsze dni. To okres, w którym niewątpliwie znika stopniowo, acz w miarę szybko cała energia życiowa i zapał do czegokolwiek. Ani nigdzie wyjść, ani pospacerować za bardzo….O aktywności fizycznej takiej, jaką lubię (a i pewnie spora część w Was) można pomarzyć – w górach panują paskudne warunki, a widoki są dość marne : deszcze, mgły, nisko leżące chmury…Ogólnie lipa pod każdym względem.

Kiedy wszystko dookoła zamiera, czuję jakby umierała część mnie. Dookoła same szarości, smutek i kałuże. Zimno, mgła. Ludzie zakapturzeni i skuleni przemykają szybko ulicami, by jak najszybciej schować się gdziekolwiek. Na taką aurę nie pozostaje nic innego, niż tylko zmienić otoczenie na bardziej przyjazne – albo po prostu inne. Latem obserwujemy, jak zmieniają się miejsca nam znane, a jesienią i zimą? Te same szarości i smutek. Tak więc warto zmienić miejsce, choćby na chwilkę : wyjechać na weekend do innego miasta w pobliżu, albo, wedle możliwości – daleko. Ja prawie każdego roku tak właśnie robię – i choć wydaje się, że to półśrodek, przyznaję, że działa wyśmienicie. W tym roku także zamierzam przezimować właśnie w ten sposób i zamiast codziennie rano wpatrywać się z okna w szare i zimne bloki naprzeciwko, zmieniam klimat na afrykański.

Powiecie, że oszalałam, że kombinuję i wymyślam dziwactwa – jednak odrobina (no dobra – mnóstwo!) słońca i ciepła, podczas gdy dookoła wszystko zamiera, to najlepszy doładowywacz wewnętrznych baterii. W ciepłe rejony najlepiej wybrać się na przełomie października i listopada – jeszcze pamięta się wakacyjną aurę, a do wiosny już nie tak całkiem znów daleko – mamy więc złoty środek. Lipcowa fascynacja (ta – kliknij:) zrealizowana w ekspresowym tempie! A więc: w tym roku – północ kontynentu. W planach Maroko i Park Narodowy Toubkal (w którym znajduje się oczywiście Jebel Toubkal – jest to najwyższy szczyt Maroka jak i północnej Afryki w ogóle!). Mam chęć także na Marakesz – zobaczymy, czy uda mi się wszystko ogarnąć tak, jak planuję. Ruszam już za 2 tygodnie – relacja po powrocie obowiązkowo! Trzymajcie kciuki!

A Wy jakie macie plany na przetrwanie do wiosny?