Ras Dashen – podsumowanie

Obiecałam, że po powrocie z Ras Dashen opiszę moje wrażenia. Obietnice trzeba spełniać więc oto wpis. I wiecie co? Było super! Dwa tygodnie na Czarnym Lądzie to i dużo i mało. Piętnaście dni na obcej ziemi to czas wystarczający by odczuć znużenie i zatęsknić za domem, z drugiej strony jest to zbyt mało by poznać wszystkie tajemnice kraju. Wycieczka zostawiła we mnie uczucie niedosytu i wiem, że na pewno wrócę do Etiopii.

Cała historia zaczęła się na lotnisku w Addis Abebie. Nowy Kwiat (bo tak brzmi nazwa miasta po przetłumaczeniu) to z pozoru puste miejsce, pierwsze wrażenie jest raczej niezbyt pozytywne. W okolicy widać było dość sporo rastamanów, co mnie nie zdziwiło – ruch ten wywodzi się bowiem właśnie z tych ziem. Miasto wbrew pozorom ma swój urok, szczególnie ciekawy jest Merkato, czyli największy targ w Afryce.

Drugiego dnia wylądowałam w Gondarze, gdzie przygotowywałam się do trekkingu. W mieście znajduje się kilka ciekawych zabytków. Miejscowi byli sympatyczni, widać że interesowali się turystami. Natomiast podczas wędrówki na Ras Dashen spotkałam kilka grup naprawdę świetnych ludzi z różnych części świata. Podróż była pełna wrażeń, ale widoki i satysfakcja rekompensowały wszelkie trudy. Podczas całego wyjazdu działo się tak dużo, że nie mogę zachwycać się jedynie samym zdobywaniem góry. Wśród atrakcji było choćby zwiedzanie wioski Etiopskich Żydów i łaźni królewskich wpisanych na listę UNESCO.

W ciągu tych kilkunastu dni przeżyłam tyle ciekawych przygód, odwiedziłam tak wiele interesujących miejsc, że nie sposób streścić tego w jednym wpisie. Wierzcie mi jednak: Ras Dashen było strzałem w dziesiątkę! Kto wie, może na łamach bloga będę co jakiś czas wspominać ten wypad.

Reklamy

Ras Dashen – już niebawem czeka mnie kolejna przygoda!

Nim opiszę wam dokładniej mój wcześniejszy wypad, chciałabym podzielić się z wami moją szczęśliwą nowiną! Wyruszam na kolejną wyprawę, tym razem na celowniku jest Ras Dashen. Sama nie mogę uwierzyć w moje szczęście i w to, że czeka mnie kolejna podróż! Na razie zabieram się za przygotowania, i chciałabym przybliżyć wam jak ma wyglądać wyprawa, a także to jak się do niej przygotować.

Zacznijmy od tego, że Ras Dashen to wygasły wulkan znajdujący się w Etiopii w górach Semien. Wysokość tego szczytu wynosi 4620 m, jest to czwarty jeśli chodzi o wysokość szczyt Afryki, a najwyższy szczyt Wyżyny Abisyńskiej. Wyprawa więc zapowiada się bardzo ciekawie! W planach jest przylot do Gondaru, w którym znajduje się łaźnia króla Fasilidasa (bardzo chce ją zwiedzić!) Następnie Sankaber, gdzie szykujemy się do trekkingu. No i ruszamy w drogę, trekking trwa kilka dni, dlatego trzeba odpowiednio się przygotować. Nocleg w namiotach wymaga odpowiedniego sprzętu, a wędrówka w miarę dobrej kondycji fizycznej. Przed wyprawą dobrze poćwiczyć i poprawić kondycję, a wędrówka będzie dużo przyjemniejsza. Zamiast skupiać się na zmęczeniu będziemy mogli podziwiać piękne widoki i cieszyć się kontaktem z naturą i zwierzętami. Później czeka nas jeszcze sporo zwiedzania i noclegi w hotelu. Trzeba dokładnie przemyśleć co zabieramy i w jakich ilościach, wędrówki ze zbyt mocno załadowanymi plecakami nie będą najprzyjemniejsze, nie można jednak też zabrać zbyt mało rzeczy, bo wiele jest na prawdę potrzebnych. Postaram się przygotować całą listę potrzebnych rzeczy, aby ułatwić przygotowania sobie no i wam oczywiście jeśli tylko będziecie chcieli z mojej listy skorzystać. Do usłyszenia niebawem, opowiem wam trochę więcej o moich przygotowaniach 🙂 Wyprawa na Ras Dashen to już nie tylko moje marzenie, niebawem tam będę i już nie mogę się doczekać! 🙂

Marrakesz, Jebel Toubkal – wyprawa na północ Afryki : podsumowanie

Aaaaa ja chcę jeszcze! Więcej i więcej ! Wiecie jak wygląda kot albo pies, który chce się gdzieś położyć, a nie mogąc znaleźć sobie miejsca kręci się nerwowo w kółko i rozgląda dookoła w poszukiwaniu podpowiedzi i ratunku? Ja czuję się teraz dokładnie tak samo – z tą przewagą do sierściatych jednak, że mogę o tym powiedzieć głośno (albo napisać). Wiecie, jedno stwierdzam z całą pewnością : od momentu, gdy do głowy wpadnie nam jakiś pomysł, który mieści się w kategorii marzeń, nie spieszcie się z jego spełnianiem – im dłużej czeka się na realizację, tym bardziej ona smakuje, a czas realizacji jest wyjątkowo ekscytujący. Ja w lipcu postanowiłam wybrać się na wyprawę na północ Afryki – jest koniec października, a ja już wróciłam…Udało się załapać okazyjnie na świetną ofertę (jedna osoba zmuszona była zrezygnować ze względu na dość poważną kontuzję), więc nim zdążyłam się rozsmakować w oczekiwaniu – pakowałam się na samolot.

Ale po kolei. 10 dni najwspanialszej przygody w życiu rozpoczęte początkiem października, na lotnisku w Warszawie. Tego samego dnia – lądowanie w Marakeszu. Drugiego dnia na dzień dobry – zwiedzanie miasta. Dookoła kolorowo, wesoło, zupełnie inny klimat niż znany powszechnie z Europy czy też nawet innych miast poza nią. Następnego dnia rozpoczyna się część właściwa, a więc przejazd do Imlil, a następnie przejście do schroniska, z którego już następnego dnia – wejście na szczyt! Na ten temat poświęcę osobną notkę, bowiem nie sposób zawrzeć wrażeń w kilku linijkach. Po powrocie do Marrakeszu – przejazd do Ajt Bin Haddu  , nocleg zaś w dolinie Dades, przejazd do wąwozu Todra, potem na pustynię, safari na wielbłądach, nocowanie w namiotach na pustyni…

Każdy z tych etapów zasługuje na szersze omówienie – szykujcie się więc na solidną dawkę moich wynurzeń! Jak tylko ochłonę, postaram się opisywać wszystko po kolei! To były najpiękniejsze dwa tygodnie mojego życia!

Sposób na jesień, czyli jadę tam, gdzie mnie wyniesie!

No i stało się – mamy jesień. Jeszcze ze dwa tygodnie temu mogliśmy udawać, że jej nie zauważamy – o to nie było trudno, zważywszy na pogodę jaka panowała : ta była iście letnia. Jednakże coraz chłodniejsze poranki i wieczory, a także zmrok zapadający dużo wcześniej niż przed kilkoma tygodniami jednoznacznie pozbawiają nas złudzeń i zwiastują coraz chłodniejsze dni. To okres, w którym niewątpliwie znika stopniowo, acz w miarę szybko cała energia życiowa i zapał do czegokolwiek. Ani nigdzie wyjść, ani pospacerować za bardzo….O aktywności fizycznej takiej, jaką lubię (a i pewnie spora część w Was) można pomarzyć – w górach panują paskudne warunki, a widoki są dość marne : deszcze, mgły, nisko leżące chmury…Ogólnie lipa pod każdym względem.

Kiedy wszystko dookoła zamiera, czuję jakby umierała część mnie. Dookoła same szarości, smutek i kałuże. Zimno, mgła. Ludzie zakapturzeni i skuleni przemykają szybko ulicami, by jak najszybciej schować się gdziekolwiek. Na taką aurę nie pozostaje nic innego, niż tylko zmienić otoczenie na bardziej przyjazne – albo po prostu inne. Latem obserwujemy, jak zmieniają się miejsca nam znane, a jesienią i zimą? Te same szarości i smutek. Tak więc warto zmienić miejsce, choćby na chwilkę : wyjechać na weekend do innego miasta w pobliżu, albo, wedle możliwości – daleko. Ja prawie każdego roku tak właśnie robię – i choć wydaje się, że to półśrodek, przyznaję, że działa wyśmienicie. W tym roku także zamierzam przezimować właśnie w ten sposób i zamiast codziennie rano wpatrywać się z okna w szare i zimne bloki naprzeciwko, zmieniam klimat na afrykański.

Powiecie, że oszalałam, że kombinuję i wymyślam dziwactwa – jednak odrobina (no dobra – mnóstwo!) słońca i ciepła, podczas gdy dookoła wszystko zamiera, to najlepszy doładowywacz wewnętrznych baterii. W ciepłe rejony najlepiej wybrać się na przełomie października i listopada – jeszcze pamięta się wakacyjną aurę, a do wiosny już nie tak całkiem znów daleko – mamy więc złoty środek. Lipcowa fascynacja (ta – kliknij:) zrealizowana w ekspresowym tempie! A więc: w tym roku – północ kontynentu. W planach Maroko i Park Narodowy Toubkal (w którym znajduje się oczywiście Jebel Toubkal – jest to najwyższy szczyt Maroka jak i północnej Afryki w ogóle!). Mam chęć także na Marakesz – zobaczymy, czy uda mi się wszystko ogarnąć tak, jak planuję. Ruszam już za 2 tygodnie – relacja po powrocie obowiązkowo! Trzymajcie kciuki!

A Wy jakie macie plany na przetrwanie do wiosny?

Maroko, Marakesz i Jebel Toubkal, czyli Afryka jakiej nie znacie!

Wiecie co się dzieje z człowiekiem, kiedy za długo siedzi w domu i ma za dużo czasu? Zaczyna kombinować. W różne strony. Wszak większość genialnych (albo tych całkowicie głupich i wołających o pomstę do nieba) pomysłów powstaje właśnie wskutek zbyt dużej ilości czasu na myślenie. Ciekawe ile przełomowych wynalazków czy wydarzeń zaistniało wskutek takich właśnie okoliczności :)) Ja specjalnie odkrywcza nie będę, ale przyczyna wpisu podobna : za oknem słońce, sezon wakacyjny w pełni, Polacy (i nie tylko) rozjeżdżają się w najróżniejsze strony świata, a ja…a ja nie mam urlopu! Tja, narzekam jak co roku, choć każdego roku celowo wybieram końcówkę wakacji aby nie smażyć się w upale i nie spływać z leżaka siedząc na nim. Powiadają, że co z oczu to z serca – i to święta prawda. Bo póki nie widzę tych wszystkich wpisów i zdjęć z wakacji na Fejsie, ani nie słyszę gadania znajomych na ten temat, to nie jest mi aż tak żal że do mojego urlopu jeszcze tyle czasu.

No więc tak sobie siedzę i myślę, myślę, aż w końcu wymyśliłam. Kolejną fascynację która pewnie będzie mnie teraz prześladować. Afryka! Żyje człowiek parę już lat na tym świecie, w różnych miejscach był, a te najbardziej oczywiste okazują się nagle nie być wcale takimi oczywistymi. No bo popatrzcie : taka Afryka – z czym się kojarzy? Gdyby zrobić jakąś małą sondę, to pewnie najwięcej ludzi odpowiedziałoby, że z lwami, sawanną i Murzynami (Afroamerykanami, żeby ktoś nie skarcił mnie tutaj poprawnością polityczną ;)). No może jeszcze jakaś pustynia, ale to by było na tyle. No właśnie. Trochę mało, nieprawdaż? Tymczasem gdy głębiej się przyjrzeć tematowi – okaże się, ile fantastycznych miejsc kryje w sobie ten kontynent. Takie Maroko czy Marakesz na przykład – każdy słyszał, niewielu będzie potrafiło powiedzieć na ich temat coś więcej, prawda? Minaret, Jebel Toubkal, Warzazat – czy komuś coś to mówi? Pewnie niewiele, jeśli nie nic w ogóle. Od głupiego przypadku (poszło sznureczkiem po kliknięciu w coś tam) do totalnej fascynacji. Oj, coś czuję że mój wszędobylski, podróżniczy duch przebudził się na dobre z zimowego snu i głodny jest nowych wrażeń. Byle do jesieni, a potem…A potem będę mogła robić nowe plany na przyszły rok!

Komu, komu na Szczyt Świata?

Dziś czas na wspomnienie w tym miejscu o pierwszym z miejsc, które znajduje się na mojej liście marzeń do zrealizowania. Tak jak wspominałam na początku, moja przygoda z podróżowaniem dopiero się zaczyna, a więc póki co większa jest lista tych rzeczy do zrealizowania, niż już wykonanych. Ale wszystko po kolei, a z pewnością już niedługo będę mogła odhaczać kolejne miejsca na liście. Pierwszym z magicznych miejsc, które chciałabym koniecznie zwiedzić, jest znane wszystkim na pewno z nazwy (bo taką samą nosi popularne ciasto 🙂 ) – Kilimandżaro, czyli korona ziemi .

Dlaczego tam?

Na początek wypadałoby streścić, czym owo miejsce jest i dlaczego budzi tak ogromne moje (i nie tylko moje zresztą) zainteresowanie. Powiedzieć można przecież, że to góra jak każda inna, więc po co tłuc się przez świat tyle kilometrów. Otóż nie jest to zwykła góra, to magiczne, niepowtarzalne, klimatyczne miejsce. To przede wszystkim najwyższa wolnostojąca góra na świecie, co samo w sobie czyni ją wyjątkową i podkreśla jej majestat, powiew grozy i niezależności. Tylko tam, w ciągu jednej wspinaczki mamy szansę doświadczyć w ciągu zaledwie kilku dni całego wachlarza klimatycznego – od gorących tropików, do wręcz arktycznych mrozów na wysokości ostatnich śniegów Kilimandżaro.

A więc…

Brzmi fantastycznie, prawda? Z całą pewnością takie też jest, gdy tylko oglądam zdjęcia czy materiały filmowe z wypraw innych, marzę o tym, aby kiedyś, w niedalekiej przyszłości, znaleźć się tam i zamieścić tutaj relację dla Was…. 🙂 Póki co – uciekam marzyć dalej, bo pisząc to wkręciłam się bardzo mocno…

 

Afryka, dzika Afryka!

Witam witam, z tej strony znów ja! Powracam po to, aby podzielić się z Wami przemyśleniami na temat kolejnego wspaniałego miejsca na świecie, jakie mnie zafascynowało. Mianowicie jest to Afryka. Ale nie taka jak ją znacie :-)) 

 

Dlaczego Afryka?

Któż z nas nie chciał kiedyś choć raz, choć przez chwilę się tam znaleźć? Piaszczyste pustynie, dzikie zwierzęta, oryginalna roślinność a także cudowne krajobrazy. Tylko te upały…

A teraz wyobraźcie sobie, że pośrodku takiej pustyni stoi sobie góra. A właściwie całe pasmo górskie, z którego patrzy na nas góra, która całym swoim majestatem zaprasza do podejścia bliżej, do dotknięcia jej, a jakaś magiczna siła i głos w głowie podpowiadają, żeby się na nią wspiąć i zobaczyć wszystko z góry. Okej, trochę podkoloryzowałam, bo góra o jakiej mówię, czyli Jebel Toubkal nie stoi co prawda na środku piaszczystej pustyni, jednak to nie zmienia faktu że ciągle jest piękna, pociągająca, majestatyczna i tajemnicza, a także że zachęca do podotykania jej i upewnienia się, że nie jest zwidem spowodowanym przez upał.

Świnka skarbonka w ruch 

Najbardziej pociągające dla mnie w niej jest to, że w przeciwieństwie do większości szczytów będących gratką dla alpinistów, wyprawa na nią nie wymaga większych umiejętności wspinaczkowych, więc wdrapać może się zasadniczo każdy, kto ma choć odrobinę kondycji i nie dostaje zadyszki po wejściu schodami na pierwsze piętro 😀

Dobra, wystawiam przed drzwiami skarbonkę i od dziś zbieram na tą wyprawę ! :))