trekking himalaje

Co dają podróże?

W dzisiejszych czasach Polacy dołączyli do tych nacji, które wprost kochają podróżować. Nasi rodacy doceniają to, że żelazna kurtyna została zerwana i z ciekawością zwiedzają świat, w czym pomaga im coraz lepsza sytuacja finansowa. Dla niektórych przygody i podróże to wręcz sposób na życie, dla innych moment odskoczni od pracy. Jednakże zastanówmy się: co w zasadzie daje nam taki trekking w Himalajach ? Czy podróże są zajęciem konstruktywnym?

Czytaj dalej »

Ras Dashen – podsumowanie

Obiecałam, że po powrocie z Ras Dashen opiszę moje wrażenia. Obietnice trzeba spełniać więc oto wpis. I wiecie co? Było super! Dwa tygodnie na Czarnym Lądzie to i dużo i mało. Piętnaście dni na obcej ziemi to czas wystarczający by odczuć znużenie i zatęsknić za domem, z drugiej strony jest to zbyt mało by poznać wszystkie tajemnice kraju. Wycieczka zostawiła we mnie uczucie niedosytu i wiem, że na pewno wrócę do Etiopii.

Cała historia zaczęła się na lotnisku w Addis Abebie. Nowy Kwiat (bo tak brzmi nazwa miasta po przetłumaczeniu) to z pozoru puste miejsce, pierwsze wrażenie jest raczej niezbyt pozytywne. W okolicy widać było dość sporo rastamanów, co mnie nie zdziwiło – ruch ten wywodzi się bowiem właśnie z tych ziem. Miasto wbrew pozorom ma swój urok, szczególnie ciekawy jest Merkato, czyli największy targ w Afryce.

Drugiego dnia wylądowałam w Gondarze, gdzie przygotowywałam się do trekkingu. W mieście znajduje się kilka ciekawych zabytków. Miejscowi byli sympatyczni, widać że interesowali się turystami. Natomiast podczas wędrówki na Ras Dashen spotkałam kilka grup naprawdę świetnych ludzi z różnych części świata. Podróż była pełna wrażeń, ale widoki i satysfakcja rekompensowały wszelkie trudy. Podczas całego wyjazdu działo się tak dużo, że nie mogę zachwycać się jedynie samym zdobywaniem góry. Wśród atrakcji było choćby zwiedzanie wioski Etiopskich Żydów i łaźni królewskich wpisanych na listę UNESCO.

W ciągu tych kilkunastu dni przeżyłam tyle ciekawych przygód, odwiedziłam tak wiele interesujących miejsc, że nie sposób streścić tego w jednym wpisie. Wierzcie mi jednak: Ras Dashen było strzałem w dziesiątkę! Kto wie, może na łamach bloga będę co jakiś czas wspominać ten wypad.

O Etiopii słów kilka

Zanim wyruszę do Ras Dashen poświęcam czas na czytanie informacje o kulturze i historii Etiopii. Uważam, że przed wyjazdem warto poznać nie tylko wyróżniające się miejsca, ale też dowiedzieć się trochę o tym, dlaczego dana okolic wygląda tak a nie inaczej. Dzięki temu jeszcze przed samą wyprawą wiem, na co zwrócić uwagę. Przybliżenie sylwetki odwiedzanego miejsca pozwala wyciągnąć więcej refleksji już w trakcie podróży i bezpośredniego odkrywania zwiedzanych lądów.

Czytaj dalej »

Ras Dashen – lista rzeczy do zabrania

Tak jak pisałam postanowiłam zabrać się za listę rzeczy, które będą mi potrzebne w wyprawie na Ras Dashen. Nawet jeśli wybieracie się dopiero za kilka miesięcy warto wcześniej zastanowić się co może wam się przydać. Wiele potrzebnych sprzętów będziemy mogli poszukać w promocyjnych cenach zamiast kupować wszystko na ostatnią chwilę. Poza tym planując na ostatnią chwilę możemy zapomnieć o potrzebnych rzeczach i nagle w trakcie podróży okaże się, że nie mam ważnej rzeczy. No to zaczynamy, mam nadzieję, że lista będzie kompletna, jeśli nie, dopisujcie swoje uwagi co jeszcze warto zabrać lub co jednak się nie przyda 🙂

  • plecak około 70 l i mały plecak
  • śpiwór
  • porządne i wygodne buty trekkingowe
  • porządna kurtka przeciwdeszczowa
  • ciepłe spodnie
  • spodnie zewnętrzne
  • spodnie typu safari
  • bieliznę termoaktywną
  • polary, jeden ciepły i jeden trochę lżejszy
  • czapka i rękawice
  • koszulki, z długim i krótkim rękawem
  • lekkie buty, sandały
  • bielizna, kosmetyki
  • ochraniacze na buty, nazywają się overbooty
  • kijki trekkingowe
  • apteczka
  • strój kąpielowy
  • nakrycie głowy chroniące przed słońcem
  • latarka czołówka i zapasowe baterie
  • krem i pomadka z filtrem UV
  • preparat na komary tropikalne – Mugga
  • książeczka szczepień
  • okulary przeciwsłoneczne
  • ręcznik szybkoschnący, najlepiej z mikrofibry
  • worki na śmieci
  • termos
  • dokumenty

Jest to wstępna lista rzeczy, które powinniśmy ze sobą zabrać. Nie przesadzajmy z ilością ubrań czy kosmetyków ponieważ ciężko będzie nam się wędrowało ze zbyt dużym i ciężkim bagażem. Z drugiej strony jeśli zabierze się za mało to możemy zmarznąć lub po prostu nie mieć się w co przebrać. Śpiwór powinien być lekki i ciepły, buty trekkingowe już przetestowane, jeśli obetrą nas po drodze będzie problem. Dobrze wybrać porządne ubrania przeciwdeszczowe i termoaktywne, będzie nam o wiele łatwiej podczas wyprawy. Wspomnę jeszcze o apteczce, zabierzmy najbardziej potrzebne leki, na pewno przyda się coś przeciwbólowego, coś na wymioty bądź biegunkę (nigdy nie wiadomo co się może zdarzyć) no i jeśli na coś chorujemy czy jesteśmy podatni na uczulenia to potrzebne w tych sytuacjach leki. Pewnie zastanawiają was worki na śmieci, można schować w nich ubrania w razie deszczu, łatwiej uchronić je od przemoknięcia. Pamiętajcie też o specjalnym preparacie na komary, zwykły może sobie z nimi nie poradzić. Oczywiście należy mieć ze sobą odpowiednie dokumenty w tym paszport i kartę szczepień. Tak więc można zbierać sprzęt i szykować się na wspaniałą wyprawę! 🙂

 

 

Idziemy znów do szkoły! Ale czy wszyscy?

Lato lato i po lecie. No, może jeszcze to lato nie do końca się skończyło (przynajmniej to kalendarzowe – zostanie z nami jeszcze przecież przez niemal 3 tygodnie), jednak koniec wakacji nastąpił nieuchronnie. Symbolicznie to one przecież oznaczają dla nas początek i koniec lata 🙂

Pomyśleć, że ten czas tak szybko leci. Dopiero co rok się zaczął, a tu już ledwie 3 miesiące do jego końca. Jest kilka momentów w roku, które traktujemy jako przełomowe – coś kończymy, coś zaczynamy. Najpopularniejszym z nich jest właśnie przełom roku, a następnie obiecujemy sobie, że „od wiosny”, „od wakacji”, „od jesieni”, „od zimy” już na pewno (tutaj wpisz co sobie zazwyczaj obiecujesz). Zazwyczaj nasze obietnice wobec siebie samych dotyczą zmian w życiu osobistym – rzadko myślimy o tym, co możemy zrobić dla kogoś. A okazja ku temu zawsze jest, trzeba tylko chcieć ją dostrzec.

Rozpoczął się rok szkolny, a wraz z nim tysiące młodych obywateli różnych krajów pomaszerowało znów do szkolnych sal (część z nich zaś dopiero rozpoczęła przygodę z nauką). No właśnie – część z nich…Dzieci i młodzież narzekają na szkołę, jednak nie zdają sobie chyba sprawy, jak daleko naprawdę są w przodzie w stosunku do dzieci z najbiedniejszych krajów, które pragną się uczyć, lecz nie mają tej możliwości, bo po prostu…nie mają szkół. Mowa przede wszystkim o najbiedniejszych rejonach choćby Afryki, czy aktualnie Nepalu (który kilka miesięcy temu nawiedziło przecież okropne trzęsienie ziemi). Tak więc podczas gdy europejskie dzieci, bawiąc się telefonem pod ławką, narzekać będą na to, że muszą siedzieć w szkole, afrykańskie czy nepalskie dzieci marzyć będą o tym, by móc posiadać książkę, zasiąść w szkolnej ławce pod dachem i uczyć się czytać i pisać. Nie wiem jak Was, ale mnie wzruszają widoki dzieci, które, mimo że nie mają niczego, wodę piją w rzeki i którym za buty służą kawałki gumy zawiązane na stopie sznurkiem – potrafią cieszyć się życiem i najmniejszym nawet drobiazgiem, który otrzymują od losu. Zapatrzeni w siebie w pogoni za dobrami materialnymi zapominamy o innych a także o tym, że pewnego dnia, gdy, być może, nasz kraj nawiedzi kataklizm – zostaniemy z niczym. Przepadną majątki, domy, samochody i wakacje. Zostaniemy w tych spodniach, które mamy na sobie – poza bogactwem wewnętrznym i bliskimi ludźmi, nie zostanie nam nic więcej. Dlatego warto zatrzymać się na chwilę i pomyśleć, czy pogoń za rzeczami tak ulotnymi naprawdę warta jest poświęcania relacji z innymi ludźmi?

Obudź w sobie odrobinę empatii i pozwól spełnić choć najmłodszym ich marzenia. Marzenia, które dla nas są tak oczywistą codziennością, że nawet nie zauważamy ile posiadamy. Nie czekaj na innych – dorzuć swoją cegiełkę do odbudowania Nepalu czy wsparcia budowy szkół w Afryce. Dla Ciebie to ledwie parę złotych, które dla nich są na wagę złota. Wyprawy w Himalaje były dotąd bardzo popularne – dlaczego więc nie odrzucić na chwilę egoistycznych pobudek i nie udać się tam w celu pomocy?

Wyślij smsa, kup koszulkę, zrób przelew na 10 zł – to niewiele, a dla nich to gwiazdka z nieba.

Pomyślmy o innych – bo kiedy przyjdzie czas na to, by nam pomóc, może okazać się, że otoczenie będzie równie ślepe na naszą krzywdę, co my teraz na cudzą…

Cieszmy się z małych rzeczy bo…

Witajcie!

Pogoda w dalszym ciągu nie rozpieszcza – raz upał i duchota takie, że ciężko wytrzymać ze samym sobą, nawet siedząc w cieniu, w kubkiem zimnej oranżady w ręku, polewając się jednocześnie przyjemnie zimną wodą, wprost z węża ogrodowego, zaś następnego dnia – deszcz i zimny wiatr. Widząc słońce i ponad 30 kresek na termometrze, nastawiamy się na gorące dni, wyciągamy letnie ubrania, by za chwilę…zmarznąć. Takiej mieszanki i zmienności jak w tym roku, nie pamiętam od dawien dawna. A mówią, że niby globalne ocieplenie nadchodzi – chyba prędzej globalne ześwirowanie pogody 🙂

Wakacje w pełni, a ja siedzę, pracuję i myślę, jak to fajnie było za czasów dzieciaka. Obserwuję roześmiane szkraby, biegające bez celu w kółko i cieszące się byle listkiem czy kamyczkiem znalezionym na trawie. Żadnych zmartwień, totalna beztroska i czerpanie radości garściami z najprostszych nawet rzeczy. No więc tak sobie siedzę i myślę – gdzie się podziały tamte czasy? 🙂

Pamiętam, jak od małego fascynowały mnie góry – sama atmosfera związana z wycieczką (najczęściej jednodniową), powodowała, że skakałam pod sam sufit jak dzika pchła. Tego uczucia radości, fascynacji i poczucia wyzwania (nawet, jeśli mieliśmy przed sobą górkę wielkości kilku metrów 😉 ) nie da się opisać – ten, kto kocha góry, ten zrozumie o czym mówię. Ten zaś, kto nie wie – musiałby kochać góry, inaczej żadne słowa nie oddadzą tego stanu emocjonalnego. Droga, w samochodzie muzyka, słońce świeci, mama częstuje cukierkami, a tata podśpiewuje pod nosem sprawiając dzieciom frajdę. Wraz z upływem kolejnych minut – wyłaniające się stopniowo, najpierw blado, a następnie coraz śmielej, ciemne zarysy górskich szczytów…Stan niemal ekstazy 🙂 Wiecie co jest najsmutniejsze? Że pomimo pasji i czystej miłości do gór, tkwiącej głęboko w sercu, dorastanie, codzienne obowiązki i zmartwienia oraz życiowe problemy sprawiają, że stajemy się w środku coraz bardziej puści…Ta pustka to utracenie zdolności do cieszenia się małymi rzeczami, niespokojne przebieranie nogami wobec miejsc i sytuacji, które kiedyś przynosiły tyle radości i mogły trwać wiecznie. Kamyki znalezione na ulicy zamieniamy na te ze sklepu jubilerskiego, liście….na takie inne zielone, czyli pieniądze, a kochane Beskidy – na trekking w Himalajach czy narty w Alpach. O ile to wszystko dzieje się za sprawą chęci rozwoju wewnętrznego i poznawania świata – wszystko jest w porządku, lecz kiedy stoi za tym niemożność znajdowania radości w tym, co ukochane było do tej pory – to niechybny znak, że powinniśmy zwolnić i przemyśleć swoją codzienność, bowiem istnieje ogromne prawdopodobieństwo, że wypala nas od środka….

Ot, kolejna refleksja. Udanych wakacji i dużo radości!

Bądź gotowy na zmiany !

W marcu jak w garncu, kwiecień plecień bo przeplata, trochę zimy trochę lata…Do tego, iż we wczesnowiosennych miesiącach pogoda płata nam figle każdy się przyzwyczaił i nikogo nie dziwi fakt, iż na padający wczoraj śnieg, dziś świeci ciepłe słońce po to, aby jutro spod warstwy ziemi przebił się pierwszy kwiatek. Maj – miesiąc zakochanych, zieleń soczyście pnie się ku niebu, aby nadszedł pełen truskawek, pachnący i ciepły czerwiec. Koniec miesiąca to dla większości upragniony początek wakacji. Gorący lipiec, nie mniej upalny sierpień i za chwilę zazwyczaj ciepły wrzesień, po którym znów odliczamy dni i tygodnie do pierwszego śniegu. Ale…zaraz zaraz. W tym roku kwiecień trwa chyba nieustannie aż po dziś dzień. Bo jak inaczej rozumieć to, co dzieje się w pogodzie? Deszcz, 15 stopni i wiatr, zaś na drugi dzień – 30 stopni i pełne słońce. Po dwóch dniach wracamy do deszczowej i zimnej pogody. Czy tylko ja odnoszę wrażenie, że ewidentnie się coś pomieszało? Trudno dostosować się do tych gwałtownych zmian pogody, nawet wychodząc do pracy czy szkoły. Albo ubieramy się za cienko, albo za ciepło. Choć zazwyczaj o zmianach pogody jesteśmy informowani z odpowiednim wyprzedzeniem, bowiem wystarczy wieczorem zobaczyć prognozę pogody, to jednak nieraz zdarzają się tak gwałtowne jej zmiany, iż w ciągu zaledwie kilku minut gęste chmury spowijają niebo, z którego za kilkanaście ledwie sekund rozpocznie się ulewa.

Dlaczego o tym wspominam? Ano dlatego, że wielu ludzi idąc w góry zapomina o tym, jak zmienna i kapryśna potrafi być pogoda – zwłaszcza zaś w tych górach, w których panuje specyficzny klimat. Nieraz przecież zapewne chodziliście po śniegu, podczas gdy wasz kark przypalany był przez piekące słońce. Dlatego apeluję do wszystkich tych, którzy wybierają się w góry – nieważne, czy to nasze poczciwe Tatry, czy Elbrus albo inny Mount Everest – zawsze, ale to ZAWSZE przed wyprawą na jakikolwiek szczyt należy być przygotowanym na zmiany pogody. Nasz strój i obuwie, a także nakrycia głowy i wyposażenie plecaka powinny być dostosowane do gwałtownych zmian i specyficznych warunków panujących na wysokościach. Tak więc : ubieraj się zawsze na cebulkę, abyś mógł swobodnie manewrować elementami ubioru w zależności od potrzeby. Najlepiej, by była to odzież z materiałów dla sportowców – zadba bowiem o odpowiednią gospodarkę cieplną i komfort noszenia. Obuwie zawsze musi być przeznaczone do chodzenia po górach – trampki czy zwykłe adidasy mogą zawieść w najmniej odpowiednim momencie (trampki są dobre to chodzenia po mieście, nigdy w góry!). Zawsze miej też nakrycie głowy – czy to nagły śnieg, wichura, czy też prażące słońce – izolacja musi być. Termos z ciepłym napojem, papierowa mapa okolicy (a nuż nie będzie zasięgu wysoko w górach, co wtedy?).

Przed każdym wyjściem w góry zapoznajcie się wcześniej ze specyfiką miejsca – zagrożenia, trudności, tendencje do gwałtownych zmian pogody, czy też niebezpieczne zwierzęta w okolicy. Lepiej mieć plecak o te 2 kg cięższy, lecz w razie potrzeby móc użyć niezbędnego przedmiotu.

Szczęśliwych podróży !

I zabrzmiał ostatni dzwonek…Wakacje czas zacząć!

Drrrrrryyyyyyn! Właśnie zabrzmiał ostatni dzwonek w szkolnych murach. Roześmiane buzie elegancko ubranych dzieci i młodzieży, dzierżących w dłoniach kwiaty, bombonierki i inne upominki dla nauczycieli ani chybi świadczą o tym, iż nadszedł okres wyczekiwany przez chyba wszystkich uczniów i nauczycieli od 1-go września poprzedniego roku 🙂 No, po prostu ukochane, upragnione wakacje!

Dla większości z dzieci i nauczycieli będzie to czas słodkiej beztroski, naładowania akumulatorów i pełnych wrażeń wyjazdów, dla innych – czas wytężonej pracy poza murami szkoły (mowa uczniach dorabiających podczas wakacji). W Polsce jak jest – każdy wie. Niestety nie każdy czeka na wakacje z takim utęsknieniem jak ich koledzy. Nie dla każdego bowiem oznaczać one będą odpoczynek, nawiązywanie nowych znajomości i robienie tysięcy zdjęć, które zimowymi wieczorami przypomną o radości letnich dni. Dziś chciałabym wspomnieć o czymś innym niż dotychczas tutaj pisałam. Chciałabym poświęcić parę słów właśnie tym z dzieci i młodzieży, których rodziców (ani ich samych) nie stać na to, aby pozwolić sobie na wyjazd na wakacje. Kochani, każdemu należy się odpoczynek i radość w życiu – zwłaszcza zaś w młodych latach, aby mieć co wspominać za kilka czy kilkanaście lat i nie mieć nigdy poczucia straconych lat. Wcale nie potrzeba mieć dużo pieniędzy, aby móc zaznać radości wakacyjnego czasu – nawet jeśli mieszkasz w mieście. Mamy lato, więc jest ciepło i świeci słońce – przynajmniej przez większość dni. Młody człowieku – do dzieła! Nawet jeśli pracujesz w ciągu dnia, popołudnia i wieczory są całe dla Ciebie! Po pracy weź rower bądź rolki i przejedź się do najbliższego parku bądź lasu. W weekend – odwiedź basen lub wyjdź na imprezę plenerową. Korzystaj z pobytu na świeżym powietrzu tyle, ile się da. Jeśli jesteś mieszkańcem turystycznych rejonów – w zasadzie nie masz z tym problemu, bowiem miejsc na choćby kilkudziesięciominutowy wypad nie brak.

Nawet jeśli masz pracujące wakacje – nie oznacza to, że masz nie mieć ich w ogóle! Lepsze weekendowe wygrzewanie się na łące w miejskim lasku, niż zwieszanie głowy z podejściem „nie mam wakacji” i klikanie kolejnych stron w Internecie czy „lajków” przy zdjęciach z wakacji znajomych na Facebooku. Choć może to co piszę wydać się naiwne i wyglądać na „cioci rady”, to uwierzcie – wiem z doświadczenia, że nasze nastawienie do sytuacji życiowej determinuje zadowolenie z życia. Kiedy byłam mała, większość czasu w wakacje spędzałam ganiając po podwórku – do dziś pamiętam to uczucie, kiedy wracałam do domu z brudną buzią i umorusanymi spodniami. Za to szczęśliwa jak nigdy – tego i Wam życzę z całego serca!

Ruszamy na wakacje!

Jak nastroje w ostatnim tygodniu roku szkolnego? Pamiętam doskonale czasy, kiedy to jeszcze sama chodziłam do szkoły. Trochę dawno, ale wspomnienia i atmosfera towarzysząca zbliżającym się wakacjom – nie do zapomnienia. Myślę, że chyba każdy z nas miał podobne odczucia i czerwiec zapamiętał podobnie – ostatnie dni coraz luźniejszych lekcji, odliczanie najpierw do wolnego, a następnie do wyjazdu na wakacje…To był niezwykle magiczny czas. Zresztą – kiedy jest się dzieckiem, wiele rzeczy ma wyjątkowy klimat. Bo jako dzieci potrafimy cieszyć się z najdrobniejszych nawet rzeczy. Szkoda, że z biegiem lat (a właściwie to nawet z roku na rok) dochodzące obowiązki i zmartwienia skutecznie niszczą tą dziecięcą radość i umiejętność znajdowania uciechy w kamyczku czy baloniku. Pamiętacie czasy, kiedy spacer z mamą lub tatą do parku na festyn przeżywaliście jak swoistą wyprawę na drugi koniec świata? Pamiętacie tą ekscytację towarzyszącą oczekiwaniu na zwykłą wycieczkę rowerową do lasu? Pamiętacie, kiedy wyjazd na pobliskie jezioro w weekend równoznaczny był z nieprzespaną z wrażenia nocą? Ahhh, gdyby tylko móc wrócić do tamtych czasów, kiedy wszystko było takie proste, takie ekscytujące i zostawało w pamięci na tak długo…

 

Nie to co dziś. Pędzimy przed siebie, non stop za czymś goniąc, czegoś poszukując, czegoś chcąc…Choć często sami nie wiemy do końca czego. Ale chcemy tego więcej. Chcemy aby to było lepsze. Większe. Bardziej wypasione. Cokolwiek tak naprawdę to jest. Tylko, czy wówczas gdy to osiągniemy, czujemy się szczęśliwsi? Wiemy że musimy zarabiać, opłacić rachunki, utrzymać siebie i rodzinę, od czasu do czasu kupić sobie coś do ubrania czy drobiazg. Wiemy, że w ciągu tych kilku dni urlopu jakie mamy w roku należy wyjechać na wakacje, potem wrzucić zdjęcia na Facebooka i udawać przed znajomymi, jak bardzo się cieszymy z wyjazdu i jak bardzo wypoczęliśmy. Tymczasem nie raz okazuje się, że w ogóle nie potrafimy się wyluzować i odpocząć. Większość rzeczy robimy nie dlatego że chcemy, ale musimy. Nie robimy tego co chcemy, a to co nam wypada czy czego inni od nas oczekują.

Tak jakoś wzięło mnie przy okazji obserwacji roześmianych buziek małolatów cieszących się z nadchodzących wakacji na małą refleksję. Pewnie każdy z nas cieszyłby się podobnie, gdyby nie to, że za te chwile przyjemności i relaksu przyjdzie nam słono zapłacić – czy mając na uwadze ogromne koszty związane z takim, powiedzmy, dwutygodniowym wyjazdem nad morze czy w góry, dziwnym jest, iż nie potrafimy podejść do wakacji z tą dziecięcą, szczerą radością? Taak, wiem, podwiało smętem 🙂 Ale to pewnie dlatego, że mam za dużo na głowie – praca, dom i nie mam kiedy spakować bagaży i ruszyć przed siebie – na jesień mam co prawda zaplanowany trekking w Himalajach, lecz ile czasu jeszcze do tego…

Trochę wspomnień

Cześć!

Ostatnimi czasy mam dłuższy przestój z tematami, jakimi mogłabym się z Wami dzielić, bowiem obowiązki w sferze prywatnej i zawodowej nie pozwalają na zwłokę, a przez to nie mogę sobie pozwolić na wyjazdy dłuższe niż weekendowe i w niedalekie rejony. Cóż, dobre i to, bowiem jeśli, jak to mówią, nie ma się tego co się lubi, trzeba lubić to co się ma.

Po kilku wycieczkach (a raczej dużych wyprawach) na zagraniczne, potężne szczyty, apetyt nieco się wyostrzył i nasze polskie (choć piękne i poczciwe) góry wydają się być przy nich ledwie mało doprawionymi pagórkami. Wiecie, kiedy byłam mała, Tatry wydawały mi się przeogromne i niemożliwe do zdobycia 🙂 Patrząc z dołu na Giewont – wydaje się przeogromny, choć w rzeczywistości ma przecież niecałe 2000 metrów. Czymże jest w porównaniu do, powiedzmy, Elbrusa (5 642m ) czy Kilimandżaro (5 895 m )? Są niemal trzykrotnie wyższe, a samo dojście na szczyt nie jest tak łatwe jak w przypadku naszych gór.

Po dziś dzień pamiętam pierwszą zagraniczną wyprawę, pierwszy raz, kiedy zobaczyłam z dołu wielką górę (pamiętam, że przestraszyłam się wówczas niemiłosiernie, a Giewont automatycznie wydał się dosłownie malutkim pagórkiem). Ach, naszło mnie dziś na wspomnienia! Ale to zapewne dlatego, że niedawno był Dzień Mamy, potem Dzień Dziecka – automatycznie zawędrowałam wspomnieniami w dawne czasy, a przez to po kolei zaczęły przypominać się pierwsze wielkie rzeczy jakich w swoim życiu dokonywałam 🙂 Tak siedzę i myślę, i doszłam do wniosku, że to niesamowite, w jak krótkim czasie człowiek może diametralnie pozmieniać swoje życie…Te wielkie zmiany biorą się z małych kroczków – najważniejsze, to postawić choć jeden i nie bać się!