trekking himalaje

Co dają podróże?

W dzisiejszych czasach Polacy dołączyli do tych nacji, które wprost kochają podróżować. Nasi rodacy doceniają to, że żelazna kurtyna została zerwana i z ciekawością zwiedzają świat, w czym pomaga im coraz lepsza sytuacja finansowa. Dla niektórych przygody i podróże to wręcz sposób na życie, dla innych moment odskoczni od pracy. Jednakże zastanówmy się: co w zasadzie daje nam taki trekking w Himalajach ? Czy podróże są zajęciem konstruktywnym?

Czytaj dalej »

Reklamy
trekking w himalajach

Polska- Nepal drogą lądową- oszczędność i przygoda w jednym

Wyprawa w Himalaje zazwyczaj kojarzy się z wielkim wydatkiem, miesiącami przygotowań oraz żmudną organizacją. Istnieje jednak kilka sposobów, które pozwolą na odciążenie portfela. Poniżej podzielę się z wami własnymi obserwacjami na temat podróży do Nepalu drogą lądową.Czytaj dalej »

Cieszmy się z małych rzeczy bo…

Witajcie!

Pogoda w dalszym ciągu nie rozpieszcza – raz upał i duchota takie, że ciężko wytrzymać ze samym sobą, nawet siedząc w cieniu, w kubkiem zimnej oranżady w ręku, polewając się jednocześnie przyjemnie zimną wodą, wprost z węża ogrodowego, zaś następnego dnia – deszcz i zimny wiatr. Widząc słońce i ponad 30 kresek na termometrze, nastawiamy się na gorące dni, wyciągamy letnie ubrania, by za chwilę…zmarznąć. Takiej mieszanki i zmienności jak w tym roku, nie pamiętam od dawien dawna. A mówią, że niby globalne ocieplenie nadchodzi – chyba prędzej globalne ześwirowanie pogody 🙂

Wakacje w pełni, a ja siedzę, pracuję i myślę, jak to fajnie było za czasów dzieciaka. Obserwuję roześmiane szkraby, biegające bez celu w kółko i cieszące się byle listkiem czy kamyczkiem znalezionym na trawie. Żadnych zmartwień, totalna beztroska i czerpanie radości garściami z najprostszych nawet rzeczy. No więc tak sobie siedzę i myślę – gdzie się podziały tamte czasy? 🙂

Pamiętam, jak od małego fascynowały mnie góry – sama atmosfera związana z wycieczką (najczęściej jednodniową), powodowała, że skakałam pod sam sufit jak dzika pchła. Tego uczucia radości, fascynacji i poczucia wyzwania (nawet, jeśli mieliśmy przed sobą górkę wielkości kilku metrów 😉 ) nie da się opisać – ten, kto kocha góry, ten zrozumie o czym mówię. Ten zaś, kto nie wie – musiałby kochać góry, inaczej żadne słowa nie oddadzą tego stanu emocjonalnego. Droga, w samochodzie muzyka, słońce świeci, mama częstuje cukierkami, a tata podśpiewuje pod nosem sprawiając dzieciom frajdę. Wraz z upływem kolejnych minut – wyłaniające się stopniowo, najpierw blado, a następnie coraz śmielej, ciemne zarysy górskich szczytów…Stan niemal ekstazy 🙂 Wiecie co jest najsmutniejsze? Że pomimo pasji i czystej miłości do gór, tkwiącej głęboko w sercu, dorastanie, codzienne obowiązki i zmartwienia oraz życiowe problemy sprawiają, że stajemy się w środku coraz bardziej puści…Ta pustka to utracenie zdolności do cieszenia się małymi rzeczami, niespokojne przebieranie nogami wobec miejsc i sytuacji, które kiedyś przynosiły tyle radości i mogły trwać wiecznie. Kamyki znalezione na ulicy zamieniamy na te ze sklepu jubilerskiego, liście….na takie inne zielone, czyli pieniądze, a kochane Beskidy – na trekking w Himalajach czy narty w Alpach. O ile to wszystko dzieje się za sprawą chęci rozwoju wewnętrznego i poznawania świata – wszystko jest w porządku, lecz kiedy stoi za tym niemożność znajdowania radości w tym, co ukochane było do tej pory – to niechybny znak, że powinniśmy zwolnić i przemyśleć swoją codzienność, bowiem istnieje ogromne prawdopodobieństwo, że wypala nas od środka….

Ot, kolejna refleksja. Udanych wakacji i dużo radości!

Ruszamy na wakacje!

Jak nastroje w ostatnim tygodniu roku szkolnego? Pamiętam doskonale czasy, kiedy to jeszcze sama chodziłam do szkoły. Trochę dawno, ale wspomnienia i atmosfera towarzysząca zbliżającym się wakacjom – nie do zapomnienia. Myślę, że chyba każdy z nas miał podobne odczucia i czerwiec zapamiętał podobnie – ostatnie dni coraz luźniejszych lekcji, odliczanie najpierw do wolnego, a następnie do wyjazdu na wakacje…To był niezwykle magiczny czas. Zresztą – kiedy jest się dzieckiem, wiele rzeczy ma wyjątkowy klimat. Bo jako dzieci potrafimy cieszyć się z najdrobniejszych nawet rzeczy. Szkoda, że z biegiem lat (a właściwie to nawet z roku na rok) dochodzące obowiązki i zmartwienia skutecznie niszczą tą dziecięcą radość i umiejętność znajdowania uciechy w kamyczku czy baloniku. Pamiętacie czasy, kiedy spacer z mamą lub tatą do parku na festyn przeżywaliście jak swoistą wyprawę na drugi koniec świata? Pamiętacie tą ekscytację towarzyszącą oczekiwaniu na zwykłą wycieczkę rowerową do lasu? Pamiętacie, kiedy wyjazd na pobliskie jezioro w weekend równoznaczny był z nieprzespaną z wrażenia nocą? Ahhh, gdyby tylko móc wrócić do tamtych czasów, kiedy wszystko było takie proste, takie ekscytujące i zostawało w pamięci na tak długo…

 

Nie to co dziś. Pędzimy przed siebie, non stop za czymś goniąc, czegoś poszukując, czegoś chcąc…Choć często sami nie wiemy do końca czego. Ale chcemy tego więcej. Chcemy aby to było lepsze. Większe. Bardziej wypasione. Cokolwiek tak naprawdę to jest. Tylko, czy wówczas gdy to osiągniemy, czujemy się szczęśliwsi? Wiemy że musimy zarabiać, opłacić rachunki, utrzymać siebie i rodzinę, od czasu do czasu kupić sobie coś do ubrania czy drobiazg. Wiemy, że w ciągu tych kilku dni urlopu jakie mamy w roku należy wyjechać na wakacje, potem wrzucić zdjęcia na Facebooka i udawać przed znajomymi, jak bardzo się cieszymy z wyjazdu i jak bardzo wypoczęliśmy. Tymczasem nie raz okazuje się, że w ogóle nie potrafimy się wyluzować i odpocząć. Większość rzeczy robimy nie dlatego że chcemy, ale musimy. Nie robimy tego co chcemy, a to co nam wypada czy czego inni od nas oczekują.

Tak jakoś wzięło mnie przy okazji obserwacji roześmianych buziek małolatów cieszących się z nadchodzących wakacji na małą refleksję. Pewnie każdy z nas cieszyłby się podobnie, gdyby nie to, że za te chwile przyjemności i relaksu przyjdzie nam słono zapłacić – czy mając na uwadze ogromne koszty związane z takim, powiedzmy, dwutygodniowym wyjazdem nad morze czy w góry, dziwnym jest, iż nie potrafimy podejść do wakacji z tą dziecięcą, szczerą radością? Taak, wiem, podwiało smętem 🙂 Ale to pewnie dlatego, że mam za dużo na głowie – praca, dom i nie mam kiedy spakować bagaży i ruszyć przed siebie – na jesień mam co prawda zaplanowany trekking w Himalajach, lecz ile czasu jeszcze do tego…

 Punkt drugi…

 

Pomijając moje ogólne góro- i podróżomaniactwo, natrafiłam ostatnio na wspaniałą rzecz, która zaciekawiła mnie do tego stopnia, że dopisuję ją do listy rzeczy do wykonania jeszcze za tego życia 🙂 Przeglądając sieć w poszukiwaniu kolejnego miejsca, na punkcie którego może mi „odwalić”, natrafiłam na Annapurnę – szczyt w Himalajach. To pierwszy ośmiotysięcznik zdobyty przez człowieka – w 1950 roku.

Sanktuarium Annapurny

Annapurna to cały masyw, składający się z kilku szczytów, a więc żeby móc zobaczyć jej główny wierzchołek, trzeba się nieźle postarać. Bowiem jest to piesza wycieczka, wymagająca kilku dni wędrówki, aby móc dotrzeć do Sanktuarium Annapurny. Ach, jak to pięknie, tajemniczo, wzniośle i dumnie brzmi. I nie dziwota, bowiem z tego co się dowiedziałam, całe Sanktuarium jest dla miejscowej ludności miejscem świętym, a na trasie spotkać można wielu pielgrzymów. To musi być coś wspaniałego, móc poznać tych ludzi i przez jakiś czas obcować z miejscową kulturą ! Miejsce to ma tak unikalną kompozycję wysokości i głębokości dolin, że pociąga to za sobą równie zróżnicowany ekosystem. Na południu zatem znajdują się bambusy i rododendrony, w gęstej, tropikalnej dżungli, a na północy podziwiać możemy klimat zbliżony bardziej do Płaskowyżu Tybetańskiego.

Hej ho, przez góry by się szło!

Taki trekking w Himalajach to wspaniała sprawa – idziesz sobie pieszo, mijasz pielgrzymów, obserwujesz zmienne krajobrazy – tak, jakby w jednym czasie być w kilku miejscach naraz! To musi być niesamowita przygoda i doświadczenie. Wiecie co? Chyba opuszczę nasze poczciwe Beskidy i Tatry na rzecz hen, hen dalekich wypraw… 🙂